Kiedy nastąpi koniec świata?
To chyba jedno z najczęściej zadawanych pytań w historii ludzkości. Z pewnością kiedyś na pewno to nastąpi. Być może naukowcy zajmujący się kosmosem, układem planet, gwiazd i innych ciał niebieskich, znają odpowiedź na wyżej wymienione pytanie, ale tworząc tą tezę chciałabym poruszyć inny aspekt teorii "końca świata"
Kiedyś każdemu z nas skończył się świat. Gdy jakieś wydarzenie w naszym życiu sprawiło, że poczuliśmy, iż już nic nas nie czeka. Może był to zawód miłosny, albo strata kogoś bliskiego. Możliwe, iż związane było to z finansami lub karierą zawodową. Po prostu uczucie wielkiej pustki i rozczarowania. Mój prywatny świat też się skończył, nawet kilka razy. Ale ten ostatni był chyba najbardziej tragiczny. Kiedy w ciągu 10 minut wszystko się zawaliło... plany na przyszłość, marzenia, cele. A przede wszystkim zaufanie. Czy można tak wszystko nagle stracić? Bez żadnego ostrzeżenia? Bez żadnego znaku ostrzegawczego? Czas się wtedy dla mnie zatrzymał.
Ale... przecież tak na prawdę czas nadal płyną. Wstał nowy dzień, a ja się obudziłam. Inna, to z pewnością, ale jednak żywa. Z płytkim oddechem, ale przecież to też oznaka życia. Plany też były, bo za kilka godzin czekała mnie podróż. Spontanicznie podjęta decyzja, aby wyjechać do rodziców. Po wsparcie i nadzieję, która przyniosła mi ogromną siłę do działania.
Kiedy teraz próbuję sobie przypomnieć tamte dni, to mało z nich pamiętam. Jedynie ogromny ból w klatce piersiowej. Ataki paniki. Miliony wylanych łez. Gwałtowne wybudzanie się ze snu, jakbym zaraz miała uciekać przed jakimś wybuchem. Zupełnie straciłam kontakt z własnym ciałem. Nie byłam sobą. Gdzieś zgubiłam tę wiecznie roześmianą, spontaniczną, kreatywną kobietę. I to był właśnie ten koniec. Mój prywatny koniec świata, który się zatrzymał. Bo właśnie wtedy przyznałam się przed samą sobą, że upadłam. Niżej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale właśnie w tym upadku odnalazłam siłę. Siłę, która uświadomiła mi, że to nie był koniec. To był nowy początek! Początek życia w zgodzie ze sobą. Początek, w którym mogłam się zgubić, nie wiedzieć co dalej. Próbować nowych rzeczy i zastanawiać się czy mi służą. Odnaleźć połączenie ze swoim ciałem, które podpowiada, co jest dla mnie odpowiednie a co niekoniecznie. Szczerze? Tak naprawdę to cały czas jestem w tym magicznym miejscu. W procesie. I z każdym kolejnym dniem coraz bardziej to doceniam. Fajnie jest nie wiedzieć. Działać zgodnie ze sobą. Uśmiechać się. Być odważną. Czerpać szczęście z przebywania samemu. Bo bycie samą nie oznacza samotności.
Teraz już wiem, że to nie był koniec. To była lekcja do odrobienia, bym nauczyła się doceniać to co mam, a nie to co chciałabym mieć. Nie czekać na odpowiedni moment, tylko działać tu i teraz. Cieszyć się z najmniejszych sukcesów, z każdej chwili. Piszę teraz te słowa i się uśmiecham.
Więc podsumowując, czy to był koniec świata? Był, końcem starych schematów. I okazał się nowym początkiem świata, w którym wszystko jest możliwe!
Życzę Szczęścia każdemu kto to przeczytał!
Komentarze
Prześlij komentarz